Sprachen
Inhalt Wer? Über uns Termine Submissions Untermenü
« zurück

Niebko

Brygida Helbig (2017)

„NIEBKO” (fragmenty powieści)

 

Willi kolekcjonuje zające wielkanocne. W latach osiemdziesiątych wybudował z bratem na przedmieściu Szczecina skromny bliźniak, obok którego wyrosło mu kilka lat temu niczym grzyb po deszczu centrum handlowe Real, a potem wyskoczyła jeszcze Castorama z napisem „Budujesz, remontujesz, urządzasz”. W domu tym, na drewnianym regale między kuchnią a jadalnią, gęsiego ustawia zające – w równym rzędzie, od najmniejszego do największego. Najbardziej podobają mu się te z firmy Lindt, w złotym złotku, z czerwoną kokardką na szyi. Nikomu nie pozwoli ich zjeść.

Baczność! Wara nam od zajęcy.

(…)

Tatuś, skąd masz takie dziwne nazwisko? – pytała czasem Marzena, nagabywała Ewunia. O Boże, skąd! Waldek wzruszał ramionami. Normalnie, jacyś przodkowie, ale ludzie, kiedy to było, jacyś przodkowie byli Austriakami, bo ja tam zresztą wiem? Dajcie mi święty spokój i do nauki! Poza tym czyja to dzisiaj kolej wynieść śmieci?

Oczywiście niczyja. A już na pewno nie Ewy.

Ale Marzena badała sprawę dalej: Tatuś, a skąd ty umiesz po niemiecku?

Boże, skąd! Uczyłem się w szkole.

Wiesz co, bo ja – tupała nogą Marzena – bo ja to nigdy nie będę uczyć się po szwabsku. Nienawidzę tego języka.

A kiedy Willi raz coś napomknął nieostrożnie o emigracji do RFN, trzynastolatka wrzasnęła, aż zadrżały cienkie ściany miniaturowej kuchni w socjalistycznym M3: To beze mnie! To, kurczę, beze mnie! To jedźcie sobie sami! Ja nigdzie nie pojadę. Nienawidzę tego szwargotu. Ja zostaję tutaj, tu jest moja ojczyzna!

 

*

Aha.

Waldek, czyli tak naprawdę Willi, który właściwie miał zostać rolnikiem i cieślą, jak jego ojce i dziady, który miał poślubić Hildę albo Susannę o nazwisku Bischoff, Börstler albo Koch, a synowi dać na imię Heinrich albo Ludwig, utknął w Polsce socjalistycznej, ożenił się z Basią, a dzieciom dał imiona Marzena i Ewa. Szybko podążał naprzód. Niewiele brakowało, a zostałby majorem, może i  generałem. Gdyby jego planu w pewnym momencie nie pokrzyżowała przeszłość, gdyby to, co wyparte i zapomniane, nie wypłynęło pewnego dnia na wierzch i nie zmusiło go do oddania w depozyt, z bólem serca, munduru kapitana Ludowego Wojska Polskiego z czterema gwiazdkami na pagonach. Starannie dotąd przechowywanego w czeluściach wbudowanej we wnękę przedpokoju szafy pomalowanej białą farbą olejną, do której co jakiś czas, skrzypiąc drzwiami, potajemnie zakradała się jego mała córeczka.

*

Waldkowi trochę przykro było, gdy córka krzyczała takie rzeczy, że do hitlerowców nigdy.

Bo Waldek bywał kiedyś kimś w rodzaju Niemca. Jeśli przyjąć, że istnieje coś takiego jak Niemiec.

Teraz już nie wie, czy jest Niemcem, czy Polakiem. W zasadzie można by go uznać za Polaka, gdyby nie to, że podczas meczów piłkarskich Polska–Niemcy serce mu jednak jakby wbrew woli bardziej bije za Niemcami i Waldek niespokojnie zaczyna wiercić się w swym ulubionym fotelu przed telewizorem, mocno nadwyrężonym przeciągającymi się nocnymi seansami.

Był w swoim życiu tak bardzo jednym i drugim. Zmieniał skórę, najpierw, aby przeżyć, uniknąć razów i upokorzeń, potem, aby do czegoś dojść, dobić się uznania i znaczenia, zapewnić rodzinie byt.

Wcale nie zmieniałem skóry – prostuje i wzrusza ramionami. – Zawsze byłem taki sam.

Był dzieckiem, kiedy dopadła go wojna, kiedy nad kolonią S. zakołowały niemieckie samoloty i zrobiło się jasno jak w sądny dzień. Nie miał jeszcze dziewięciu lat. Bacznie obserwował dorosłych i wszystko, co się działo dokoła. Bystry był.

Marzenka przechowywała gwiazdki z pagonów taty w pudełku od zapałek. Co jakiś czas sprawdzała, czy wszystkie są, przeliczała na nowo. Jeden, dwa, trzy, cztery. Po niemiecku liczyć nie umiała. Najwyżej do trzech, nauczyła się na podwórku: Eins zwei drei, wypieprzaj.

Umiała też powiedzieć: Guten Morgen, butem w mordę.

 

                                                                                                                                                                                                  15

*

Willi wcale nie urodził się na zachodzie dzisiejszej Polski, wcale nie na terenach, które po wojnie wróciły do macierzy, nie w Gdańsku ani w Szczecinie, ani w żadnym tam innym Wrocławiu. Co do tego, że był Niemcem, nie ma jednak raczej wątpliwości, sprawdzili to dokładnie hitlerowcy, a Republika Federalna im wierzy. Zmierzyli mamie obwód czaszki i zweryfikowali kształt nosa, zlustrowali pochodzenie i przynależność rasową, wystawili stosowny dokument, na podstawie którego jego przedsiębiorcza córka Ewa wiele dziesięcioleci później uzyska status niemieckiego przesiedleńca, kartę wstępu do raju. Dzisiaj Erika Steinbach, postrach polskich patriotów i całkiem atrakcyjna babka, liczy ją w poczet wypędzonych.

Willi nie urodził się w Niemczech, a jego najbliżsi o Niemcach z Rzeszy, czyli z Reichu, najlepszego zdania nie mieli. Przyszedł na świat w mitycznej Galicji, w miejscu, do którego w 1783 roku kilkunastoma furmankami przywędrowali jego protoplaści znad Renu w poszukiwaniu chleba. Niemieccy kolonizatorzy. Wezwał ich na te ziemie przede wszystkim głód, wezwał ich także Święty Cesarz Rzymski Joseph II, obiecując ulgi podatkowe i różnego rodzaju udogodnienia. Było ich dwunastu osadników, niczym apostołów nieznanego Boga. Między nimi Emmel, Götz i Becker. Na ziemi obiecanej czekała ich najpierw harówa, ciurkiem lał się pot – karczowanie lasu, stwarzanie miejsca dla siebie. Usuwanie starego, żeby mogło narodzić się nowe. A może to tylko legenda.

Potem z pobliskiej Makowej dobili do nich około roku 1850 Hellwig, Bischoff, Wolf, Volz i Müller. Wżenili się w S., bo gospodarstwa dziedziczyły tu córki. Atutem synów było rzemiosło, fach w ręku, gdyż z samej roli człowiek nie wyżyje. Nazywało się to kolonizacja józefińska – wyrzuca Marzenie internet. Wyszukiwarka – śmieszne polskie słowo. Coś jak wiertarka i koparka.

Polski nie było wtedy na mapie, wiodła wirtualny żywot, była zbiorowym wysiłkiem, zjawą, widmem, ciągłym ukłuciem w sercach. Osadnicy wędrowali więc do kraju niemieckojęzycznego, do Księstwa Austriackiego w Świętym Cesarstwie Rzymskim, a wędrując, przysięgali sobie, że nigdy nie zapomną swej ukochanej niemieckiej ojczyzny, że będą pielęgnować jej tradycje i zwyczaje, jej protestancką religię.

Pielęgnację wzmogli jeszcze, gdy sto pięćdziesiąt lat później dalekim, lecz wyraźnym echem dotarła do nich nazistowska propaganda, specjalnie zresztą na nich namierzona, gloryfikująca ich niemieckie cechy: zamiłowanie do porządku, uczciwość i pracowitość. Cechy, z których byli dumni.

 

Pradziadowie małego Willika – rolnicy, cieśle i piwowarzy – po wielu tygodniach wyczerpującej wędrówki zatrzymali więc furmanki, prrrrrr, gdzieś na południowym wschodzie dzisiejszej Polski, na jej drugim końcu, lecąc po przekątnej od Szczecina, siedemdziesiąt kilometrów od Lwowa, pięćdziesiąt kilometrów od Drohobycza, na północ od Ustrzyk Dolnych, na południe od Krościenka, ledwie kilka kilometrów od dzisiejszej linii granicznej z Ukrainą, może nawet na samej granicy, stój. Zatrzymali swe furmanki w najpiękniejszym zakątku świata zwanym małą ojczyzną. Tam gdzie dzisiaj nie ma nawet płyty nagrobnej po nich. Nie zawyje nawet pies. Ich szczątki, niepotrzebne nikomu, wsiąkają w ziemię nieopodal prochów rozstrzeliwanych tu później Żydów.

Osadnicy pobudowali wieś na regule niemieckiej łańcuchówki, z jednej strony szosy, na łagodnym zboczu. Za drewnianymi domkami krytymi dachówką każdy miał ogród służący za pastwisko, po drugiej stronie szosy ogród drugi. Łańcuch niemal identycznych domków w środku wsi zaginał się, tworzył kąt prosty, i ciągnął się beztrosko dalej.

Przez wieś wielokrotnie przetoczyła się bieda, przelał się nieurodzaj, przebujał się z hukiem front. Teraz zatrzyma się tam czasem na kilka godzin jakiś autobus z okolic Wolfsburga, wysypią się z niego bardzo starzy, bardzo czyś ciutcy i jasno ubrani Niemcy zrzeszeni w stowarzyszeniu Bund der Galiziendeutschen.

Tak przynajmniej twierdzą – że tam już gdzieś byli w okolicy.

 

                                                                                                                                                                                                  19

*

Jak do tej pory Willi nie pojawił się wśród nich. Chciałby, ale nie aż tak, żeby podjąć konkretne działania. Gdyby ktoś go wsadził w samochód i zawiózł, na pewno by nie odmówił. Sam nie ma już tej determinacji. Nie jest najmłodszy, chociaż, jak podkreśla, o lasce jeszcze nie chodzi i zamiaru takiego nie ma, sam nawet w ogrodzie na drzewo wejdzie, jeśli trzeba przyciąć wierzchołek, na nikogo się nie ogląda, ani na córki, ani tym bardziej na zięcia, który zresztą nigdy go do siebie nie przekonał. Willi całe życie radził sobie sam – z upokorzeniem i przemocą. Parł do przodu, wspinał się po szczeblach kariery, jedynej, jaka była dla niego dostępna, jaką mogła mu zaoferować Polska Rzeczpospolita Ludowa, w którą rzuciło go w przebraniu Polaka, masce, co przyrosła mu do twarzy.

To nie była żadna maska. Czułem się już wtedy Polakiem. Nie myślałem o swoim pochodzeniu. Urodzony jestem przecież w Polsce. Nie opowiadaj głupot.

Bo co to znaczy Niemiec. Co to znaczy Polak. Co to znaczy niemiecka krew. Konia z rzędem temu, kto mi to wytłumaczy.

Jako nastoletni chłopiec przeżył sromotną klęskę Niemiec, nieudaną próbę ucieczki do Rzeszy przed sowieckimi czołgami, wywózkę na roboty przymusowe do Związku Sowieckiego, razy i poniżenia, a potem podnoszenie kraju z gruzów, akcje rozminowywania prowadzone z narażeniem życia na terenach wyzwolonej Polski, żebyśmy mogli teraz stąpać bez lęku po ziemi, przeżył podczas tych akcji wypadki, oderwane nogi, rozerwane na strzępy ciała i urwane nosy, z którymi trzeba było lecieć do szpitala, przyciskając je komuś do twarzy… Odznaczony medalem wzorowego sportowca ciężarowca, pontoniarza, Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, który miał zapewnić mu dwadzieścia pięć procent dodatku do emerytury ale tak się złożyło, że nie zapewnił.

Przeżył i to, że ktoś mu sprzątnął te ordery, że jego dokonania poszły w las. Że wypada o nich raczej milczeć.

                                                                                                                                                                                                  21

Nic go już zdziwić ani zaskoczyć nie może. Jest zahartowany. I od innych hartu wymaga. Nie ma co się mazać.

Nie ma co rankami przesiadywać godzinami w łazience, zwłaszcza jeśli jest się mężczyzną. Ani tym bardziej oblewać się perfumami – raz-dwa i sprawa załatwiona. Mężczyzna powinien być szybki, sprawny i efektywny. Nie powinien zapuszczać długich włosów. Nosić spodni spadających z tyłka. Zarzucać kaptura na głowę i wyglądać jak kat przed egzekucją. Nie powinien… Lista jest długa. Na szczęście Marzena mężczyzną nie jest.

Chociaż miała nim być! Los jednak swoim zwyczajem spłatał ojcu figla. Nie szczędził mu przykrych niespodzianek. Willi bardzo wcześnie stracił ojca, pewnie dlatego tak bardzo pragnął syna.

Ojca szukał przez całe życie. Jego substytutów, erzaców. W męskich organizacjach, gdzie zawsze umiał zapracować sobie na uznanie najwyższych autorytetów. Najlepszy, najgorliwszy, zawsze pierwszy. Wszędzie numer jeden, prymus prymusów. W Wojsku Polskim natychmiast wybił się wysoko ponad przeciętność. Można powiedzieć, że zabłysnął. Gdyby nie ciągnąca się za nim historia, gdyby nie łzy matki, dziwny los brata, niepokojące nazwisko, miałby dzisiaj emeryturę generała.

 

≡ Menü ≡
Startseite Inhalt
Termine Submissions
Autor_innen Übersetzer_innen Moderator_innen
Über uns Partner Galerie
Kontakt Blog Facebook
Festival 2016 Events Presse